Crete – photorelation

Czas na małą fotorelację z moich cudownych wakacji, które, jak może już widzieliście po moim instagramie, spędziłam na greckiej wyspie – Krecie. Nie podróżowałam zbyt wiele, choć przygód było zdecydowanie za dużo! Dziś opowiem Wam o naszych ciekawych przygodach, o miejscach, które zobaczyłam, o osobach, które poznałam i o pięknym słońcu, które pozostawiło mi pamiątkę w postaci pięknej opalenizny (no może nie aż tak pięknej miejscami, schodząca skóra to nic pięknego).

first

Może zacznę od tego, że moje wakacje trwały 8 dni, jak dla mnie trochę za krótko, mogłoby być 10, to byłaby długość idealna. Zatrzymałyśmy się w małej miejscowości o nazwie Lygaria (nawet nie znajdziecie jej na mapie Krety, ale znajdziecie Agie Pelagie, to jest miejscowość tuż obok). Na wakacje wyjechałam z mamą i jej koleżanką, zrobiłyśmy sobie babski wyjazd, można to tak nazwać. Mimo wszystko trzeba przyznać, że byłyśmy bardzo grzeczne. Ze względu na nasz zdrowy styl życia nie piliśmy alkoholu, nie przesiadywałyśmy wieczorami w hotelowym barze, chodziłyśmy spać o 22/23 i wstawałyśmy rano na bieganie.

a good start

Nasze przygody zaczęły się już pierwszego dnia, na lotnisku. Będziecie się śmiać, tak jak ze mnie dziewczyny śmiały się przez parę dni po tym zdarzeniu, chociaż w tamtej sytuacji ani trochę nie było nam do śmiechu. Zgubiłam dowód osobisty na lotnisku. Myślałam, że zostawiłam go na koszu w toalecie, kilkakrotnie więc każda z nas przeszukała kosz na śmieci, grzebiąc w brudnych pampersach i podpaskach. DRAMAT. Przeszłyśmy wszystkie informacje, przeleciałyśmy całe lotnisko kilkakrotnie. Informacja puściła informacje po całym lotnisku, zadzwonili do straży, na policję. Ogólnie całe lotnisko poszło w ruch. Pół godziny przed odlotem dowód na szczęście się znalazł, okazało się, że zostawiłam go przy bramce przy wejściu już na nasz samolot (tam, gdzie sprawdza się bagaże podręczne itp). To była naprawdę chwila grozy, ale udało się! Co było dalej? Siedząc już w samolocie dowiedziałyśmy sie, że wyruszymy z opóźnieniem, i to godzinnym! Więc na dobra sprawę mogłam dłużej szukać tego dowodu bez stresu! Hahah. Gdy dotarłyśmy na miejsce, uderzyła nas fala duchoty. Ja w swetrze i długich spodniach (w Polsce było zaledwie kilkanaście stopni). Przez nasze opóźnienie nie dotarłyśmy na hotelową kolacje, więc przyjechałyśmy okropnie głodne. Na koniec? Zorientowałam się, że zapomniałam wziąć z domu swojej kosmetyczki ze wszystkimi kosmetykami, szczotką do zębów, przeróżnymi tabletkami. To było po prostu idealne zakończenie dnia! Nastrój poprawił mi jednak nieziemski widok pięknie oświetlonych wzgórz i miła pani Magda z naszego Pool baru, która nauczyła się, że my to pijemy tylko wodę.

relax

Kolejne dni już były spokojne, to co widzicie na zdjęciach to właśnie nasza miejscowość – Lygaria. Roślinność mnie tu zauroczyła. Hotel, w którym wylądowałyśmy, okazało się, że jest otwarty dopiero od miesiąca, byłyśmy w szoku. Cudowne miejsce. Każdy z gości ma osobny domek, pool bar z małym basenem, z którego jest widok na morze. Przy końcu górki mieści się świetna restauracja z przepysznym jedzeniem i przemiłymi paniami sprzątającymi puste talerze. Wszyscy są tutaj przemili, cała obsługa uśmiechnięta od ucha do ucha. Trafiłyśmy tylko na jedną osobę, która była gburowata, ale o tym później. Szef sali w restauracji hotelowej tez ewidentnie nas polubił. Zaprosił nas na nurkowanie z maską, wcześniej pracował w miejscu, gdzie można kupić nurkowanie z butlą, więc szkoda byłoby nie skorzystać z propozycji!

Przy barze również poznałyśmy między czasie Polkę, która mieszka w Grecji już 6 lat. Wyjechała, kiedy miała lat 20. Aktualnie umie płynnie mówić po grecku i po polsku. Kolejną świetną i miłą osobą, z która udało nam się pogadać. A, zapomniałabym. Hotel współpracuje z polska i czeska Itaką, w związku z tym miałyśmy okazję poznać innych, polskich gości. Przede wszystko przemiłą i rozgadaną Agnieszkę, z która czas na plaży mijał niesamowicie szybko. Gadało się i gadało! A właśnie, jeszcze plaża! Plaża była tuż pod naszym hotelem. Piękna, przejrzysta woda, cudowne słońce! Coś cudownego!

amazing trip

Pewnego dnia, to był piątek. Postanowiłyśmy wybrać się na wycieczkę. Znalazłyśmy pobliską wypożyczalnię aut i zaplanowałyśmy trasę. Jednak gdy już dotarłyśmy pod to miejsce z naszymi całymi tobołami, dostałyśmy auto, okazało się, że pierwszy bieg nie chciał nam za bardzo wskoczyć. Pan niemiło odebrał nam samochód mówiąc, że to nasza wina i nie umiemy prowadzić. Byłyśmy zażenowane, długą drogę musiałyśmy pokonać, żeby wrócić z torbami do hotelu. Przeżywałyśmy to pół dnia! No i skończyło się to tak jak codziennie, czyli leżeniem na plaży. Udało nam się wynająć jednak inny samochód z innej wypożyczalni na sobotę. Udało się, wyruszyłyśmy w podróż. Na sam początek zahaczyłyśmy o Knossos i podłączyłyśmy się pod wycieczkę organizowaną z Itaki (udało się!). Kojarzycie ten mit o Minotaurze? Tak, to właśnie to. Zwiedzałyśmy ruiny pałacu minojskiego. No cóż, okazało się, że jeszcze nie dorosłam do zwiedzania. Zawsze tego nienawidziłam i do tej pory za tym nie przepadam. Potem jednak dotarłyśmy na plażę chipsów w Matali. Zjadłyśmy owoce morza w knajpce przy plaży, a potem rozłożyłyśmy się na bardzo gorącym piasku. Matala jest na południu Krety, to oznacza, że woda była znacznie cieplejsza, ponieważ były to już prądy z Afryki. Podobnie było z wiatrem. Ale plaża była cudowna, otoczona ogromną skałą z jaskiniami, gdzie kiedyś podobno mieszkali właśnie hipisi. „Today is life tommorow never come” to hasła powszechnie tam znane i respektowane! W drodze powrotnej miałam przyjemność prowadzić, więc jeżdżenie autem po Krecie mam odhaczone!

last evening

To jeszcze nie koniec. Ostatni wieczór na Krecie spędziłyśmy wyjątkowo. Marinos do kolacji przyniósł nam swoje domowe wino, poczęstował nas tacą świeżutkich i słodkich owoców no i dotrzymał nam towarzystwa aż do godziny wyjazdu. Miałyśmy okazje poznać kulturę grecką, jak to dokładnie wszystko wygląda, a nie tylko to, co widać na zewnątrz. Przy okazji miałyśmy okazje, by opowiedzieć trochę o swojej kulturze.


udostępnij

Komentarzy: 2

  1. Mama z różową torebką
    17 lipca 2018 / 16:01

    Przepiękne widoki 🙂

  2. 18 lipca 2018 / 19:28

    Z tym dowodem – samy bym chyba na zawał zeszła.
    A zdjęcia to bajka. Jakby ze snu…

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Pola, których wypełnienie jest wymagane, są oznaczone symbolem *